Po ponad miesiącu olewania i udawania, że te maile wcale nie przyszły, doszło do ostatecznego aktu desperacji:Kilent zaprosił nas do siebie.
Kilent ma dosyć ciekawą specyfikę: zarządzany jest przez osoby zmieniające się okresowo, niekoniecznie posiadające wystarczającą (jakąkolwiek) wiedzę merytoryczną dotyczącą zakresu działani Klienta. Czasem pomysły zarządu niewiele mają wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, a czasem porażają przejrzystością idei i dalekowzrocznością wizji. Klient posiada kilkanaście jednostek podrzędnych, które kiedyś były niezależne i chciałyby do tego stanu wrócić.
Doszło do tego, że realizujemy jeden z pomysłów Jednostki Nadrzędnej.
Realizacja ciągnie się od kilku miesięcy - głównie z powodu konieczności dokładnego testowania i sprawdzania poprawności. Klient chce, żeby działało poprawnie od pierwszego kliknięcia - jego prawo, ale efekt jest taki, że testerzy ledwo zipią...
Jak dotychczas wszystko szło poprawnie, ale pojawiły się "nowe cele biznesowe", które spowodowały "realokację zasobów ludzkich na nowe pola".
Efekty:
1. Napisana w ciągu 12 dni roboczych procedura wymiany danych z raportami błedów (kilka poziomów logowania, sprawdzanie poprawności w trakcie działania, dodatkowe zabezpieczenia) (około 40-50k lini) (java, xml) - działa, przetestowane, łatwe w serwisowaniu.
2. Procedura o długości ponad 5k lini (tak, kocham programowanie proceduralne...) (sql)
3. Około 30 procedur o długości ok. 200-1500 linii. (sql)
Wnioski:
1. Nauczyć się w końcu zarządzać czasem i produktywnością.
2. Cele realizować tak, żeby nie przekraczać terminów.
3. Uczynić cud - dzień będzie miał 48h
4. Uczynić drugi cud - będę miał 6 palców u rąk
5. Uczynić trzeci cud - nauczyć się pisać na trzech klawiaturach jednocześnie
6. Zmienić pracę?